Elizabeth Selwyn Bay

Wznieśli kieliszki i nazwali ją silnikiem tego domu.Zaśmiała się i poszła po sos.

Elizabeth powieść

Prowadzi dom, biuro męża, chorobę matki i ciążę córki. We wrześniu, o jedenastej wieczorem, znajduje w poczcie kopertę zaadresowaną nazwiskiem, którego nikt nie używał od dwudziestu pięciu lat.

To nie jest opowieść o kobiecie, która wszystko rzuca. To opowieść o kobiecie, która policzyła, ile dokładnie żałuje.

Rozdział pierwszy

Wszystko gotowe

Czajnik miał zwyczaj, o którym nikt poza nią nie wiedział. Przez pierwsze dwadzieścia sekund milczał zupełnie, potem zaczynał od czegoś w rodzaju westchnienia, a dopiero na końcu wchodził w ten swój wysoki, cienki ton, który niósł się przez cały dom aż do sypialni na piętrze. Elizabeth nalewała wodę do połowy. Wtedy ton przychodził później i trwał krócej.

Była za dwadzieścia szósta. Za oknem kuchni stał wrzesień, jeszcze ciemny, jeszcze bez ptaków, i szyba oddawała jej własne odbicie: kobieta w rozciągniętym swetrze, z włosami związanymi gumką znalezioną w kieszeni szlafroka. Odwróciła się plecami do okna.

Na blacie leżała poczta z wczoraj. Rachunek za wodę, ulotka z pizzerii, coś z banku dla Adama. Wzięła kopertę po rachunku, rozerwała ją wzdłuż i rozprostowała dłonią na blacie. Papier zaszeleścił. Dobry papier, sztywny, nadawał się.

Zaczęła pisać.

zaczęła pisać07
  1. czw — śmieci (zielony!)
  2. koszula A. — pralnia, do 17
  3. Sam — depozyt akademik, PIĄTEK
  4. Nina — ubezpieczenie auta, zadzwonić za nią
  5. mama — recepta, potwierdzić dr Ellis
  6. Rowan Court — wydruki A3, przed 9
  7. mleko, jajka, papier do drukarki
  8. oddzwonić do Priyi
  9. Sam — pościel? kołdra?
  10. Nina — zapytać o sobotę
  11. prąd
  12. Adam — spotkanie z Denhamem, przypomnieć
  13. ryba na niedzielę, zamówić dziś
  14. mama — zadzwonić wieczorem, nie rano

Czternaście. Kiedyś, dawno temu, próbowała je numerować, ale numeracja sugerowała, że któraś pozycja jest ważniejsza od innych, a nie była. Wszystkie były jednakowo konieczne i wszystkie musiały się zdarzyć między szóstą rano a jedenastą wieczorem.

pierwsze światło08

Czajnik kliknął. Nalała wodę na torebkę, popatrzyła, jak brunatna smuga rozchodzi się w kubku, i postawiła go z boku blatu, żeby przestygł. Zaraz go wypije. Najpierw pralnia — nie, pralnia otwierali o dziewiątej. Najpierw wydruki.

Adam schodził w podkoszulku, z telefonem w ręce, i mówił, jeszcze zanim wszedł do kuchni, tak jak zwykle, jakby rozmowa trwała już od jakiegoś czasu i on tylko wracał do niej po przerwie.

— Denham przesunął na wpół do dziewiątej.

— Bo leci do Manchesteru. — Otworzył lodówkę, popatrzył do środka, zamknął. — Nie wiem, gdzie jest ta teczka z Rowan Court. Ta szara.

— W biurze, w dolnej szufladzie po lewej.

— Nie ma jej tam.

— Beth, patrzyłem.

Postawiła kubek, wytarła ręce w ścierkę i poszła do gabinetu, który był kiedyś pokojem gościnnym, a potem przestał nim być, bo goście przestali przyjeżdżać. Szara teczka leżała w dolnej szufladzie po lewej, przyciśnięta katalogiem okien. Wyjęła ją, przejrzała, wyciągnęła dwie kartki, które nie miały tam czego szukać, i zaniosła resztę do kuchni.

— No proszę — powiedział Adam. — Ty to masz jakiś system.

Nie miała systemu. Miała pamięć, w której leżało wszystko, co dotyczyło wszystkich, ułożone tak gęsto, że czasem, kiedy próbowała sobie przypomnieć coś własnego, musiała najpierw przesunąć na bok trzy cudze sprawy.

dolna szuflada po lewej10

— Musisz jechać — powiedziała.

— Muszę jechać. — Wypił łyk jej herbaty, odstawił kubek, skrzywił się. — Zimna.

— Wiem.

Pocałował ją gdzieś w okolicę skroni, zabrał szarą teczkę, kluczyki, telefon, i po chwili trzasnęły drzwi. Dom zrobił się cichy w ten określony sposób, w jaki robił się cichy tylko rano, kiedy wszyscy już wyszli, a jeszcze nikt nie wrócił.

Elizabeth wzięła kubek i wylała do zlewu. Nastawiła czajnik jeszcze raz, do połowy.

Potem popatrzyła na kopertę leżącą na blacie i pomyślała, że coś jest z tą listą nie tak. Przebiegła ją wzrokiem od góry do dołu, dwa razy, szukając, co pominęła — bo zawsze coś było pominięte, na tym polegała rzecz — i nie znalazła niczego.

Wszystko było na miejscu. Wszystko było uwzględnione.

siódma rano12

Zostało jej trochę niepokoju, taki cienki, na dnie, jakiego człowiek dostaje, kiedy wychodzi z domu i przez pół drogi nie może sobie przypomnieć, czy zamknął drzwi.

Odstawiła kubek na blat. Wzięła klucze.

Potem wróciła do koperty leżącej przy czajniku, wzięła długopis i dopisała pod spodem, drobniej, bo miejsca zostało już mało:

  1. Nina — sprawdzić, czy ma umówione USG na listopad

Szesnaście.

Wyszła po tusz.

szesnaście14

W niedzielę pogoda się popsuła i przez to wszyscy przyjechali punktualnie.

Elizabeth wstała o wpół do siódmej, wyjęła rybę, zrobiła ciasto, obrała ziemniaki, wstawiła pierwszą partię do piekarnika o wpół do jedenastej i o dwunastej stała już przy zlewie, myjąc miskę po cieście, kiedy w przedpokoju odezwał się dzwonek i głos Niny, i głos Josha, i za nimi ten szczególny hałas, który robi się, kiedy do domu wchodzą ludzie w mokrych kurtkach.

Siedmioro przy stole, na który wystarczało miejsca dla sześciorga. Elizabeth wystawiła krzesło z gabinetu i postawiła je u szczytu, przy drzwiach do kuchni, bo stamtąd najbliżej było do piekarnika.

Ryba wyszła dobra. Wiedziała, że wyszła dobra, jeszcze zanim ją wyjęła — po zapachu, po kolorze skórki, po tym, jak koper puścił.

— Mamo, to jest niesamowite — powiedziała Nina, nakładając sobie po raz drugi. — Naprawdę.

Elizabeth wstała po sos. Potem po chleb. Potem po drugą butelkę wody, bo Josh nie pił wina, potem po ścierkę, bo Sam przewrócił szklankę, potem wyjąć drugą blachę ziemniaków, potem po sól, bo mama zawsze uważała, że jest za mało soli, a Elizabeth od dwudziestu lat soliła mniej, żeby matka miała co powiedzieć.

jeszcze ciepła15

Nina stuknęła widelcem o kieliszek. Nie o kieliszek — o szklankę z sokiem, bo od trzech tygodni nie piła wina, tyle że nikt tego nie zauważył.

— Chcieliśmy coś powiedzieć — zaczęła i zaraz się roześmiała, i zrobiła się czerwona, i sięgnęła po rękę Josha. — Boże. Ćwiczyłam to w samochodzie.

Elizabeth stała wtedy z blachą w rękawicy kuchennej, w drzwiach kuchni.

— Jestem w ciąży. Dwunasty tydzień. W marcu.

Zrobiło się głośno, tak jak się robi. Adam wstał tak gwałtownie, że zahaczył o obrus. Josh dostał uścisk dłoni i klepnięcie w plecy, Nina dostała uściski, Irene zapytała, kto jest w ciąży, a potem, kiedy jej powiedziano, rozpłakała się i przez chwilę była zupełnie przytomna i powiedziała: no proszę, i to zabrzmiało tak, jakby chodziło o coś, co przewidziała.

Elizabeth postawiła blachę na podstawce, zdjęła rękawicę i podeszła do córki, i Nina wstała, i objęły się, i Elizabeth poczuła pod dłonią jej łopatki, wciąż ostre, dziecinne, i pomyślała: to niemożliwe, żeby ona miała w sobie dziecko.

— Cieszysz się? — spytała Nina w jej włosy.

— Głupia jesteś.

— No powiedz.

— Cieszę się. — Odsunęła ją i popatrzyła na nią. — Bardzo się cieszę.

Adam wstał z kieliszkiem.

— No dobra. — Odchrząknął. — Za Ninę i Josha. I za wnuka, bo to będzie wnuk, ja to czuję. — Śmiech. — I jeszcze jedno. Za Beth. Bo ta ryba. I w ogóle. Ten dom stoi na Beth. Serio, ona jest naszym silnikiem. Naszym silnikiem, tak?

— Za Beth! — powiedzieli wszyscy i podnieśli kieliszki, i patrzyli na nią, i się uśmiechali.

Elizabeth stała w drzwiach kuchni z rękawicą kuchenną w dłoni. Uśmiechnęła się i machnęła ręką, tak jak się macha, i powiedziała coś o tym, że dorsz był w promocji.

Zaśmiali się i wrócili do jedzenia.

Ktoś powiedział, że przydałby się jeszcze sos. Poszła po sos.

poszła po sos17

Później, kiedy Nina i Josh pojechali, a Adam odwoził Irene, a Sam siedział z laptopem w salonie, Elizabeth stała przy zlewie i jadła zimne ziemniaki z blachy, palcami, prosto z blachy, opierając się biodrem o szafkę. Były dobre. Naprawdę były dobre.

Przypomniała sobie, w połowie ziemniaka, słowo silnik.

Nina napisała z drogi: mamo, będziesz ze mną na każdym USG? będziesz? bo bez ciebie nie idę.

Elizabeth wytarła ręce i odpisała: oczywiście.

Potem wzięła krzesło, które przyniosła po południu z gabinetu i postawiła u szczytu stołu, przy drzwiach do kuchni.

Siedzenie było czyste. Zupełnie czyste — bez okruszyny, bez plamy po sosie, bez niczego, co zostaje na krześle po człowieku, który przy nim jadł.

Zaniosła je z powrotem do gabinetu i wsunęła pod biurko, tak jak stało.

wrzesień19

Pokój Sama pachniał kurzem i starą wykładziną.

Sam zdjął ze ściany plakat i pod spodem został jaśniejszy prostokąt.

— Zamalujemy — powiedziała.

— Nie musisz.

— Nie musimy. Ale zamalujemy.

— Wziąłeś kołdrę?

— Wziąłem.

— Bo tam mają być te kołdry, ale ludzie mówią, że —

— Wziąłem, mamo.

— Dobrze.

dom, trzy okna, cztery postacie21

Milczeli. Deszcz uderzał w okno bokiem, tak jak we wrześniu.

Na dnie skrzynki, pod atlasem, leżała teczka z papierami z podstawówki, których nie umiała wyrzucić. Wyjęła ją odruchowo i otworzyła.

Rysunek kredką. Dom, trzy okna, dym z komina zawinięty jak baranek. Przed domem cztery postacie i jedna z nich, ta największa, miała żółte włosy do ramion i coś, co po dłuższej chwili dało się odczytać jako kubek w ręce. Pod spodem, drukowanymi literami, chwiejnie: MOJA MAMA ROBI WSZYSTKO.

Trzymała rysunek i coś jej się zrobiło z gardłem, i wtedy — bez uprzedzenia, bez powodu — zobaczyła zupełnie co innego. Korytarz w domu matki, wąski, z tapetą w prążek. Walizka pod ścianą, zielona, wypożyczona od ciotki Bernie. Ona sama, dwadzieścia dwa lata, w kurtce, z ręką na klamce.

I to, że tamta walizka stała tam potem jeszcze trzy tygodnie, spakowana, dopóki matka nie kazała jej wreszcie rozpakować, bo szkoda rzeczy.

— Mamo.

— Pytałem, czy mam zostawić to krzesło.

— Zostaw.

Włożyła rysunek z powrotem do teczki i teczkę do skrzynki, i wygładziła wieko dłonią dwa razy, choć wieko było gładkie.

Skończyli po dziewiątej. W pokoju zostało łóżko, biurko, krzesło i cztery jaśniejsze prostokąty na ścianie. Sam stanął na środku i rozejrzał się z tym swoim wyrazem twarzy, którego nigdy nie umiała odczytać — czy to obojętność, czy on tak po prostu wygląda, kiedy coś czuje.

— Dziwnie — powiedział.

— Bardzo.

Wyszła pierwsza, żeby nie musiał na nią patrzeć. Na progu, za jej plecami, odezwał się jego głos, spokojny, bez żadnego nacisku:

— Dasz sobie radę, co?

Elizabeth zatrzymała się w korytarzu.

— Ja? — powiedziała. — Ja zawsze daję sobie radę.

Nie odpowiedział. Usłyszała tylko, jak zamyka za sobą drzwi.

ja zawsze daję sobie radę24

Na dole Adam oglądał program o remontowaniu zamków we Francji.

Kartony stały w przedpokoju pod ścianą, podpisane flamastrem: KSIĄŻKI, ZIMOWE, KABLE, RÓŻNE. Elizabeth przeszła obok nich dwa razy i za drugim razem poprawiła ten z napisem RÓŻNE, bo stał krzywo i taśma odchodziła w rogu.

O wpół do jedenastej weszła jeszcze raz na górę po rolkę taśmy, którą tam zostawili.

Drzwi pokoju były otwarte. Światło z korytarza wchodziło do środka i kładło się na wykładzinie do połowy, i dalej już nie sięgało.

Taśma leżała na biurku, obok czterech jaśniejszych prostokątów.

Wzięła ją i zeszła na dół.

O jedenastej dom był już cichy.

Elizabeth zeszła na dół w skarpetkach, wstawiła czajnik do połowy i stała przy blacie, czekając. Za oknem ktoś przejechał samochodem i światła przesunęły się po suficie kuchni, z lewej na prawą.

Zaparzyła. Postawiła kubek na blacie i zaczęła robić to, co robiła co wieczór: wyłączyć zmywarkę, wytrzeć blat, sprawdzić drzwi na taras, wystawić kubki na jutro, zerknąć, czy Sam wziął ładowarkę, dopisać tusz na jutrzejszej liście, bo tego tuszu jednak nie kupiła, bo pralnia i mama.

Kiedy skończyła, herbata była zimna.

I wtedy przyszła jej do głowy rzecz zupełnie bez sensu, taka, jakie przychodzą o jedenastej wieczorem: że nie pamięta, kiedy ostatni raz piła gorącą.

Nie tego dnia. Nie w tym tygodniu. Zaczęła cofać się myślami — w zeszły weekend? na urodzinach Priyi? — i doszła gdzieś do wiosny, i zgubiła się, i przestała szukać, bo to była głupia rzecz, żeby o niej myśleć.

W przedpokoju, na stoliku pod lustrem, leżała poczta z popołudnia. Przejrzała ją odruchowo, jednym ruchem kciuka: ulotka, ulotka, coś z serwisu samochodowego dla Adama, katalog.

I jeszcze jedna koperta.

i jeszcze jedna koperta28

Sztywna, kremowa, z tych grubszych, z nadrukiem kancelarii w lewym górnym rogu. Ives & Partners, Solicitors. Selwyn Bay.

Adresat wypisany na maszynie, na środku:

Mrs Elizabeth Brennan

Stała nad tym dłuższą chwilę.

Brennan. Nie Hale. Brennan.

Nikt jej tak nie nazywał od dwudziestu pięciu lat. Nawet matka mówiła Beth, nawet w bankach, nawet u lekarza była Hale, przez pomyłkę wpisywana i przez wygodę zostawiana. Elizabeth Brennan była dziewczyną z legitymacji studenckiej, którą wyrzuciła podczas jednej z przeprowadzek.

Wzięła kopertę do ręki. Była ciężka — dwie, może trzy kartki. Odwróciła ją. Z tyłu nic, tylko zaklejona klapka.

Rozdział pierwszy jeszcze się tu nie kończy.

Czytaj dalej w książce
Quay Lane 429

Książka zleceń

Warsztat przy Quay Lane 4 w Selwyn Bay przyjmuje książki, których nie da się kupić drugi raz.

luty

Atlas Bartholomew, 1922. Wł. J. Mackay, 1954.

Kupiony używany, bo właściciel chciał wiedzieć, gdzie jest reszta świata. Nigdy nigdzie nie pojechał.

kwiecień – lipiec

Książka kucharska, 1958. Wł. M. Pardoe.

Sto dziewięćdziesiąt sześć stron jednym charakterem pisma przez czterdzieści jeden lat. Plamy zostawione.

sierpień

Księga parafialna.

Przyniesiona w reklamówce ze sklepu rybnego.

Nowe wpisy dochodzą, kiedy coś trafi na stół.

ta historia jest zamknięta33

W Selwyn Bay nie wszystko zostało opowiedziane. Kiedy na stół trafi coś nowego, dostaniesz wiadomość. Nie częściej niż raz w miesiącu.

Kup książkę

Powieść w całości. Zaczyna się we wrześniu i kończy we wrześniu.

Wydanie papieroweAmazon
Kindle e-bookAmazon Kindle
E-book EPUBNaffy
Elizabeth — okładka